lipca 28, 2020

Gra karciana Szklany Tron, czyli odzyskujemy wspomnienia kartami


Nie ukrywam, że z niecierpliwością czekałam, aż światło dzienne ujrzy gra karciana Szklany Tron stworzona na podstawie kultowych książek Sary J. Maas. Co prawda Wybredna Maruda i ta pani nie do końca za sobą przepadają od czasu, gdy jej Dwory zaczęły mi śmierdzieć plagiatem, jednak nic nie mogło mnie powstrzymać przed przekonaniem się, czy możliwe jest przeniesienie fabuły jej książek do kolaboracyjnej rozgrywki dla dwóch osób. Za pomocą kart. I to, zaznaczmy, kart niezwykle urodziwych.


Akcja gry toczy się podczas wydarzeń opisanych w Królestwie Popiołów – jeżeli planujecie więc sięgnąć po ten tom cyklu, wstrzymajcie się z rozgrywką. Chyba, że spoilery Wam niestraszne. W grze (która ma trwać 45 minut, ale tyle czasu to ja próbowałam zrozumieć instrukcję) będą brały udział tylko dwie osoby (nie jest to więc gra imprezowa, bardziej do zabawy na spokojny wieczór z kimś z rodziny lub znajomych. W sumie... Podobno książkoholicy nie są bardzo imprezowi :D). Jeden z graczy wciela się w rolę pojmanej przez Maeve Aelin, która będzie usiłowała, pomiędzy okrutnymi przesłuchaniami, odbudować swój umysł za pomocą wspomnień zsyłanych jej przez Fenrysa, drugiego gracza. Jeżeli odpowiednio to rozegrają, Aelin przypomni sobie najbliższych, a miłość do nich pomoże jej przetrwać wszystko. Bo miłość to ogólnie recepta na wszystko i leczy każdą ranę. I pocałunek prawdziwej miłości też. Na to samo wychodzi.


Gra Szklany Tron opiera się na niemej kolaboracji (nie wiem, czy takie sformułowanie istnieje, jeżeli nie, to zaklepuję). By wygrać, musimy ze sobą ściśle współpracować, kładąc lub zabierając ze stołu odpowiednie karty (stół jest umysłem Aelin, więc niejako grzebiemy w jej mózgu), jednak nie możemy przy tym debatować, uzgadniać strategii i ogólnie rzecz biorąc: rozmawiać. W końcu jedno z nas jest w celi, a drugie gdzieś hen, hen. Druga strona musi domyślać się, dlaczego położyliśmy akurat tę kartę, co chcieliśmy tym ruchem uzyskać; czy to, że odrzuciliśmy czerwoną nie oznacza przypadkiem "nie potrzebuję więcej czerwonych kart, daj mi inne). Role i zadania obu postaci są różne, dlatego warto przy kolejnych rozgrywkach zamieniać się wcieleniami, by nikt nie poczuł znudzenia. O to jednak trudno: gra nie jest powtarzalna, za każdym razem karty zostają inaczej rozłożone, co więcej urozmaicenie stanowią wydrukowane na specjalnych kartach rozdziały, które zmieniają nam zasady gry lub wskazują na kolejne ruchy, które musimy wykonać (nawet, jeśli nie chcemy). A wszystko to nadal powiązane jest z fabułą i z odbudową wspomnieć Aelin.

Brzmi fantastycznie, nieprawdaż?
Jednak.


Pierwsze spostrzeżenie: uważajcie przy robieniu zdjęć.
Maruda wpadła na pomysł zrobienia niezwykle atrakcyjnego zdjęcia prezentującego wszystkie karty, bo ilustracje są na nich niezwykle zacne, więc wszyscy muszą je zobaczyć. Zrobiła to od razu po rozpakowaniu gry, ślęcząc dobre dwie godziny na podłodze, by te 96 kart ułożyć w równych rządkach. Natomiast, gdy następnego dnia przysiadła do rozgrywki i zajrzała do instrukcji okazało się, że do poszczególnych kart mamy nie odkrywać, nie czytać i nie wolno zmieniać ich kolejności. Strach opanowało moje małe, wybredne serduszko. Na szczęście doczytałam, że karty są ponumerowane, więc jeżeli całkiem przypadkowo Wam się wysypią, jak mi, to nie martwcie się, nie musicie kupować nowego, zalakowanego i nienaruszonego pudełka. Jednak zdjęcia pokazać Wam nie mogę, bo wiem, że Wasza ciekawość zwycięży, będziecie robić zbliżenia i doczytywać, co tam wydrukowali.


Drugie spostrzeżenie: ta gra była katorgą.
A przynajmniej na początku. Zasady gry wydały mi się wyjątkowo skomplikowane, nie tylko dlatego, że nie czytałam Królestwa Popiołów, na których fabularnie opiera się ta karcianka. Ale zwyczajnie dość długo zajęło mi zrozumienie, jak i dlaczego mam układać karty i co z nimi zrobić, gdy takiego rozłożenia, jak na stole przede mną, najwidoczniej nie przewidziała instrukcja, bo nie jestem w stanie zastosować się do polecenia na danym etapie gry. I to był sam prolog. Udało mi się go przejść dopiero za trzecim razem, gdy wiedziałam już, co i jak. A potem, w każdym kolejnym rozdziale, zmieniały się zasady gry :) Na pewno nie będziemy się dzięki temu nudzić, jednak ja po każdej partii czułam się coraz bardziej zmęczona psychicznie. W następnych dniach było już lepiej, ale wciąż zdarzały się momenty, gdy zatrzymywałam akcję i w pośpiechu przeglądałam instrukcję, bo niemożliwe, żebym teraz miała nagle usunąć wszystkie karty ze stołu, ot tak, i koniec gry, bo nie mam możliwości ruchu. Instrukcja sama w sobie również wydała mi się niezbyt dobrze przygotowana, chaotyczna, skupiająca się na poszczególnych elementach gry nie w tym momencie, kiedy jest to potrzebne. Naprawdę, czułam się na tę zabawę za głupia. I osoby, z którymi grałam, również. A głupie wcale nie są.


Nie jest to więc gra dla wszystkich. Dedykowałabym ją zawziętym fanom książek Sary J. Maas, którzy po prostu chcą mieć w domu wszystko, co z nią związane, oraz tym, którzy zbyt szybko nie zniechęcą się podczas próby zrozumienia skomplikowanej mechaniki rozgrywki. Bo, być może, z czasem jesteśmy w stanie się do niej przyzwyczaić. Może fani planszówek, którzy wiele podobnych gier mają już za sobą, będą poruszać się po niej z łatwością i przyjemnością. Ja jednak nie będę sięgała po Szklany Tron zbyt często. Chyba że po to, by popatrzeć na ilustracje.




Zerknij

Formularz kontaktowy

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *