Serial Moon Knight ma wszystko to, co kocham

moon knight serial finał

Gdy na Disney+ zapowiedziano nowy serial ze stajni Marvela, Moon Knight, nie pałałam wielkim entuzjazmem i nie oczekiwałam po nim zbyt wiele. Sama nie znałam komiksowego pierwowzoru tej postaci, więc jej losy były mi dość obojętne, natomiast zbliżająca się premiera raczej dreptała cicho na paluszkach i przeszła bez większego echa. Jak to mówią, nie oceniaj superbohatera po pelerynie i nie chwal nocy przed wschodem słońca – Moon Knight zachwycił mnie już w pierwszym odcinku i tę wysoką poprzeczkę utrzymał aż do końca. Jak na ten moment to, moim zdaniem, najlepszy serial Marvela, jaki mamy okazję oglądać.

Poznajcie Stevena. Niepozornego mężczyznę, któremu nie można powiedzieć, żeby w życiu bardzo wyszło – ale do narzekania powodów też nie ma. Dzięki swojej ogromnej wiedzy na temat starożytności i pasji związanej z Egiptem może pracować w muzeum – nie, żeby się na swoim stanowisku spełniał, bo w głównej mierze zajmuje się przekładaniem pamiątek z półki na półkę. Ale nie jest źle, na rachunki mu starcza, a ze swoim spokojnym i wręcz uległym charakterem nie wymaga od losu więcej. Jedynym, co przeszkadza mu na co dzień, są jego problemy z lunatykowaniem. Mężczyzna stara się jakoś zabezpieczyć siebie oraz mieszkanie, by podczas tych sennych przygód nie zrobić krzywdy sobie ani nikomu innemu, jednak nie zdaje sobie sprawy, że jego nocne wcielenie jest sprytniejsze, niż mu się wydaje, a nieprzespane noce coraz dłuższe...

Przeanalizujmy pokrótce, co takiego znajdziemy w Moon Knighcie i dlaczego ten serial zachwycił mnie tak bardzo. 


KAŻDY ODCINEK MA INNY KLIMAT

Moon Knight ma to do siebie, że zaskakuje nas swoim formatem. Z jednej strony wciąż oglądamy kino superbohaterskie, chociaż na początku się na to nie zapowiada i wręcz pomijamy wszystkie sceny, które miałyby zaprezentować jakąkolwiek akcję, czy magiczne zaklęcia. Chwilę później otrzymujemy odcinek pełen pościgów, strzelanin i brutalności, by już za chwilę serial zmienił się w przepełnioną historią starożytną przygodówkę rodem z Mumii z Brendanem Fraserem. Gdy myślimy, że na tym koniec, twórcy zapewniają nam mitologiczne podróże statkiem przywodzące na myśl Singbada DreamWorksa, po to tylko, by, dość niespodziewanie, w najlepszym moim zdaniem odcinku, doprowadzić widzów do łez dramatem psychologicznym, wyciągając na wierzch traumy i łącząc puzzle z wcześniejszych scen niczym w Fight Clubie. To serial, który wciąż zaskakuje i w którym każdy może znaleźć coś dla siebie – nawet, jeśli będzie to klimat pojedynczego odcinka.

moon knight zakończenie

MARVELOWSKI HUMOR W FORMIE

Chociaż każdy odcinek Moon Knighta utrzymuje inny klimat, twórcy nie zapomnieli wpleść humoru, z którego słynie Marvel. W naturalny sposób udało się to także dlatego, że Oscar Isaac jako Steven Grant jest uroczo nieporadny, chorobliwie wręcz zafascynowany Egiptem i, powiedziałabym, infantylnie nieogarnięty. Dzięki temu wplecione żarty słowne czy niezgrabne gesty i potknięcia nie wybijają nas z tempa seansu, ale nadają sens postaci i wydarzeniom. Oczywiście postarano się, by z żartami wyhamować tam, gdzie wchodzimy na wyższe tony, natomiast to, że my, jako widzowie, ale i sam główny bohater nie znamy pewnych faktów oraz że do pewnego momentu scenariusz utrzymany jest w lekkiej i dowcipnej formie, to jego nagła zmiana i odkrywanie kolejnych tajemnic jeszcze mocniej działa na nasze emocje. Wydaje się więc, że humor oraz poruszane tu trudne tematy są idealne wyważone.

OSCAR ISAAC ZASŁUŻYŁ NA OSCARA

Chyba najmocniejszym punktem serialu jest aktorstwo. Oscar Isaac, którego kariery – przyznam bez bicia – wcześniej nie śledziłam, okazał się być idealnym Moon Knightem, ale i idealnym aktorem po prostu. Produkcja ta wymaga od niego pokazania się z, dosłownie, kilku stron; zaprezentowania swoich różnych umiejętności i różnych wcieleń oraz szybkiego przejścia między nimi. Oscar zmieniając swoje serialowe osobowości zmieniał nie tylko scenariuszowy charakter, ale też postawę, chód, gestykulację, a nawet sposób mówienia i akcent. Jeżeli ktoś z Was lubi dubbing – to nie jest to serial do oglądania w takim formacie, głos Isaaca trzeba po prostu słyszeć, by cała produkcja zrobiła na nas odpowiednie wrażenie. A sam odtwórca roli Stevena powinien otrzymać wiele nagród za pracę, jaką włożył w ten tytuł – i jestem pewna, że teraz zrobi się o nim głośniej, a propozycje będą sypać się drzwiami i oknami.

moon knight oscar isaac

Pozytywne zaskoczenie lepsze niż wygórowane oczekiwania

Na koniec dość naturalna zasada – kiedy mniej oczekujemy, to łatwiej nas zaskoczyć i zachwycić. Prawda jest taka, że kiedy wyczekiwaliśmy premiery chociażby trzeciego Spider-mana z Tomem Hollandem promocja robiła swoje już miesiące wcześniej, wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że w obsadzie pojawią się wcześniejsze Pajączki, że, w skrócie, będą działy się RZECZY. I w kinie w jakiś smutny sposób odkryłam, że ciężko mnie zaskoczyć, bo spodziewałam się wszystkiego, teorii naczytałam się co niemiara, więc w zasadzie każde szokujące wydarzenie było, paradoksalnie, oczekiwane. Natomiast kiedy Moon Knight nie zdradził na swój temat żadnych niuansów, a i ja sama nie poszukiwałam ich jakoś aktywnie, niespodziewanie poczułam, że poznawanie tego bohatera i jego historii wciągnęło mnie do cna. Nigdy nie byłam pewna, czego jeszcze mogę się spodziewać, jak ta opowieść zostanie dopasowana do uniwersum i czym jeszcze zaskoczą mnie twórcy w kolejnym odcinku. Czasem więc nie ma się co nastawiać, lepiej podejść do tytułu bez większych oczekiwań, z czystą kartą, bez wcześniejszego zapoznania się z recenzjami.

Ups, za późno, tę już przeczytaliście 🙂


ZOBACZ TAKŻE: